O autorze
Piszę o moich doświadczeniach z empatią. Odkurzam i omawiam badania i publikacje głównie amerykańskich naukowców.

Dobry lekarz nie musi być miły. Dopóki jest empatyczny.

Nie oczekuję od lekarza, że będzie miły. Szczególnie, że pracuje w niewydolnym systemie ogarniętym biurokracją, która, jak nazwał to jeden z Czytelników, robi z lekarzy urzędników wypełniających kwity. Nie daj boże trafi się mu kilku pacjentów hipochondryków albo symulantów!

Dopóki czuję, że mam do czynienia z lekarzem empatycznym, wybaczam mu nawet gburowatość. Bo wiem, że to chwilowy i w zasadzie niegroźny stan. Co najwyżej oznacza, że stawia mi granice, dbając jednocześnie w tej chwili o własne emocje.



Gdy mówię o empatii, odwołuję się do pojęcia “empatii poznawczej”, a nie “empatii afektywnej”. Afektywna związana jest z neuronami lustrzanymi, za pomocą których osoba odzwierciedla emocje drugiej osoby (na przykład się smuci albo denerwuje na widok smutnej lub zdenerwowanej osoby. Poznawcza jest umiejętnością przyjmowania perspektywy drugiej osoby. Efektem pierwszej jest emocjonalne zaangażowanie, efektem drugiej obserwacja emocji i zarządzanie nimi z dystansu. Skutkiem pierwszej bywa duży stres, z którym lekarze zazwyczaj radzą sobie odcinając się od emocji pacjenta, a przy okazji swoich (zjawisko potocznie przez nas, pacjentów, zwane znieczulicą). To bardzo energochłonny proces. Nie dość, że energię pochłaniają silne emocje, to jeszcze potrzeba energii do ich stłumienia. Skutkiem drugiej jest zarządzanie swoimi emocjami w sposób pozytywny: zauważenie, że się pojawiły, zrozumienie skąd i zaakceptowanie. W takim stanie (czasem wspieranym przez krótkie ćwiczenia oddechowe) energię łatwiej jest skierować na pacjenta.

Pięknym przykładem empatii była (według mnie niesłusznie skrytykowana przez wielu) rozmowa kanclerz Niemiec Angeli Merkel z 14-letnią uczennicą pochodzenia palestyńskiego. Angela Merkel, gdy zobaczyła łzy, nie zaczęła użalać się nad nią i jej matkować, dawać dobre rady czy dyskredytować emocje. Choć zachowała dystans, całą swoją uwagę poświęciła wyłącznie tej dziewczynce. Pokazała, że w tym konkretnym momencie jest dla niej najważniejszą osobą. W empatycznej relacji chodzi czasem tylko i wyłącznie o dawanie poczucia bycia ważnym i zauważonym jako osoba.
Taki rodzaj empatii nie jest jednak ani cechą wrodzoną, ani wykształconą raz na zawsze. Trzeba się jej nauczyć i ją ćwiczyć, bo ma też dużo wspólnego z samoświadomością i uważnością. W tym sensie ruch #Merkelstrokes unaocznia według mnie skalę zaniedbania ludzi w tej sferze.

Wracając do lekarzy – ćwiczeń z empatii nie ma również w programie studiów medycznych, gdzie zaczyna się proces edukacji lekarzy. 6 godzin psychologii i scenek na trzecim roku to zdecydowanie za mało. Skąd wiem? Przyznają to sami studenci, z którymi rozmawiałam. Z tego względu kursy z komunikacji, które inicjowane są na niektórych uczelniach, np. Śląskim Uniwersytecie Medycznym uważam za bardzo dobry pomysł. Równocześnie ważne jest, by te kursy można było pogłębić o ciągłe kształcenie i umożliwienie praktykowania empatii poznawczej. Badania bowiem pokazują, że studenci zaczynają tracić swoją empatię wrodzoną (afektywną) na trzecim roku studiów, czyli … w momencie, kiedy zaczynają coraz częściej stykać się z pacjentami. Na marginesie, dlatego też nie zgadzam się z opinią prof. Stuhra, że kandydaci na studia powinni przechodzić selekcję w oparciu o osobowość. Ale to temat na odrębną polemikę.

Są badania – na przykład przeprowadzone na cukrzykach – które potwierdzają, że pacjenci, którzy byli pod opieką lekarzy z wysokimi umiejętnościami empatycznymi, osiągali lepsze postępy w leczeniu i mieli lepsze wyniki badań niż ci, których lekarze byli kwalifikowani jako nieempatyczni.

Zbieram więc grupę studentów, z którymi będziemy się zajmować neurologią, psychologią emocji, mindfulness i pracować nad ich kształceniem w ramach kół zainteresowań. Powstaje już grupa warszawska, która mam nadzieję ruszy po wakacjach. Ktoś chętny dołączyć?
Trwa ładowanie komentarzy...