Nie dziw się, przecież NFZ nie płaci lekarzom za empatię…

Zatkało mnie, kiedy napisał mi w tym tonie lekarz z 30-letnim doświadczeniem. Szpitalnym, przychodnianym, pogotowianym. Kierownicze stanowisko od lat, prywatna praktyka, epizody naukowo-badawcze, pasja społeczna i organizatorska. Spora, choć lokalna renoma, laureat plebiscytów, ulubieniec pacjentów. Tak siebie określił.

Po cichu, choć nigdy się nie spotkaliśmy, podziwiam go. Dlatego jego słowami dostałam w łeb jak obuchem. Jak to możliwe, że nie przyszło mi wcześniej do głowy, że lekarzy też dotyczy stara prawda, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi o pieniądze? O, ja naiwna. Ale ten sam lekarz zadaje sobie pytanie: czy każdą relację lekarz-pacjent da się rynkowo przeliczyć na brzęczącą monetę? Według niego rynek mówi, że tak. Ale jego sumienie – niekoniecznie.

Panie Doktorze, dlatego właśnie się dziwię! Kogoś, kto zdecydował się na tak ciężkie studia, musiała przecież popchnąć jakaś wielka siła, poczucie mocy, że idzie tam, aby pomagać ludziom? Tymczasem czytam najnowszy raport z badań doświadczeń pacjentów onkologicznych*, jeden z wielu takich cytatów: Na przykład doktor od chemioterapii, wchodzę do gabinetu i słyszę: „czego?”. Mogłabym powiedzieć: „gówna psiego”, ale pomyślałam sobie, jeżeli on jest taki głupi i pusty, to ja może taka nie będę. Mówię: „przyszłam po badanie krwi”. Albo ta pani: Wizyta trwała niecałe trzy minuty, tak że mąż nie zdążył jeszcze zaparkować, zapłacić i wrócić, i już byłam z powrotem. To było na tej zasadzie, że ja wchodzę, a ona trzyma ten komplet moich badań i mówi: „Pani wie, że ma raka, proszę się udać na Garbary. No.”. Pytam więc: co się stało z tą supermocą?

Przestrzegam tych, którzy pomyślą (albo się publicznie oburzą), że to ekstremum, że to wyjęte z kontekstu wypowiedzi. Tak się akurat składa, że to niemal codzienność pacjentów chorych na raka. Te same badania są jeszcze bardziej bezwzględne dla lekarzy pierwszego kontaktu. I choć już wiem, że wrogiem numer 1 jest tu sposób organizacji systemu publicznej ochrony zdrowia, to nadal uważam, że zawód lekarza jest szczególnym rodzajem usług i mam prawo wymagać nawet nadludzkiego wysiłku, aby nasza relacja była oparta na prawdziwym psychicznym kontakcie. Bo wierzę, że „chcieć to móc”. Nawet jeśli lekarzom skutecznie ogranicza się czas, który mogą poświęcić pacjentowi. Biurokracją. Nadmiarem obowiązków służbowych. Polityczną niechęcią zajęcia się naprawą systemu. Brakiem wsparcia lekarzy w radzeniu sobie ze stresem, wypaleniem zawodowym, ochroną własnej psychiki tak, aby nie musieli tracić empatii dla pacjentów. Ciągle jednak zbyt liczne grono lekarzy traktuje te przeszkody jako łatwe usprawiedliwienie. Tak, jakby nie wiedzieli, że chwila aktywnej uwagi skoncentrowanej na pacjencie, rzeczywiste wysłuchanie jego skarg i odniesienie się do nich, uśmiech, czy choćby krótkie wyjaśnienie sytuacji nie zabierają wiele czasu, a pacjentowi zapewniają nieporównywalne z niczym oparcie w trudnej, czasami najważniejszej chwili życia.
Czy empatia w tym wydaniu aż tak wiele kosztuje, że nie można jej po prostu dać w cenie? Co się stało z Waszym powołaniem?





*Odnosiłam się do badania „Choroba nowotworowa – doświadczenia pacjentów”, które zostało przeprowadzone latem 2014 roku na zlecenie Fundacji Społecznej „Ludzie dla Ludzi” i Axa Życie. W 14 dyskusjach grupowych na terenie całego kraju wzięło udział 125 osób w trakcie lub krótko po zakończeniu leczenia onkologicznego. Obrazuje różne oblicza choroby z perspektywy chorych. Respondenci opisywali swoją drogę od rozpoznania do leczenia, to jak choroba wpływa na ich życie rodzinne i zawodowe, na finanse i relacje z przyjaciółmi.
Trwa ładowanie komentarzy...